Zmiana adresu

30 maja 2015
Komentowanie nie jest możliwe

Dziewczyny moje kochane!

Z powodu pogłębiającej się z dnia na dzień ślamazarności goob.pl,  która powoduje,  że zalogowanie się na bloga, dodanie wpisu czy komentarza trwa  na tyle długo, że każdego może zniechęcić,  przeniosłam się w jakiś inny obszar kosmosu, który jest na tyle nieskomplikowany, że  sobie z nim poradziłam. Zobaczymy, co będzie dalej.

Mój nowy adres to:        maskakropka2.blog.pl

Bez zmian pozostaje tytuł i adres e-mail. Póki co, będę w tych dwóch miejscach.

Serdeczności przesyłam:)

Taki dzień

26 maja 2015

Dzień Matki to nie jest jednowymiarowe święto, bo tak jak dzieci, tak i matki bywają różne. Niestety, nie każdy może zaśpiewać „Nie ma jak u mamy.”

Kiedy wspominam moją Mamę, a robię to niemal co dnia, czasem tęsknię, czasem się rozczulam, ale bywają i takie wspomnienia, które wywołują żal, że nie zawsze była taką mamą, jaką chciałabym mieć. Ot, życie i tyle. Już nic i nikt tego nie zmieni. Idę dalej  z bagażem różnorodnych doświadczeń, które mnie ukształtowały i akceptuję przeszłość, bo w sumie nie mam powodów do narzekania. Szkoda tylko, że przez całe moje życie tylko dziesięć  lat mieszkałam z rodzicami. A mogło ich być drugie tyle.

W wazonie na komodzie stoją piękne róże, w kredensie pachną niesamowite herbaty – dniomatkowy prezent od syna i synowej. Oni  pewnie też mogliby powiedzieć, że mam swoje za uszami. Trudno.  Życie i tyle.

A dziś dostałam dziś takiego smsa: „Matce adopcyjnej wszystkiego najlepszego! ”

Łezka mi się w oku zakręciła. Tuśka, nadawca tej wiadomości, jest córką naszych od dawna rozwiedzionych znajomych. Kilka lat temu przyjechała na studia i wtedy ją poznałam (mój mąż zna ją od czasów, kiedy jeszcze jej nie było na świecie). Najpierw przychodziła do nas  z ojcem, potem  sama i tak jakoś się zaprzyjaźniliśmy,  a jej mama stwierdziła, że dokonaliśmy mentalnej adopcji. Lata mijały, a my wspieraliśmy Tuśkę dobrym słowem, dobrym obiadem, a czasem dobrym piwem. Poznała u nas wielu fajnych ludzi, ośmieliła się, przestała być  „dzika”.  Jeszcze tylko kilka egzaminów i ruszy w świat na własnych nogach. Nasza  mentalna adopcyjna córka:)

 

Cisza

23 maja 2015

Cisza wyborcza.  Co za ulga!  Nareszcie włączając telewizor  nie muszę skakać z kanału na kanał, żeby uniknąć fizis kandydatów i ich kąśliwych, nastawionych na manipulację wypowiedzi. Nareszcie w ogóle mogę bez strachu tenże telewizor włączyć. A przy okazji naszły mnie refleksje dotyczące naszego zaangażowania w sprawę. Niektórzy ludzie z niemal obłąkańczą, fanatyczną  pasją   walczyli  (na szczęście tylko słowem, choć często brzydkim i złośliwym) w imię  idei (?) głoszonych przez swego idola.  Szczególną aktywność wykazywali na  fb. Jedna z moich znajomych, która  otwarcie powiedziała na kogo zagłosuje, spotkała się z lawiną obraźliwych komentarzy nie tylko na temat kandydata, ale i na swój własny.  Skrzętnie z tego skorzystała, eliminując z grona znajomych tych, którzy dalecy byli od merytorycznych opinii,  za to wyjawili swoje prawdzie ja – zasłona dobrego wychowania spadła.  Zastanawiające, że ludzie wykształceni, doświadczeni życiowo i politycznie, znający historię i podstawy psychologii nie potrafią zachować spokoju, nie potrafią dyskutować, dostają piany na ustach, a ciśnienie podnosi im się do niebezpiecznych poziomów.  Jestem jeszcze w stanie zrozumieć liczących na profity koniunkturalistów, którzy zwyczajnie boją się, że w poniedziałek obudzą się z ręką w nocniku i świadomością, że cała para poszła w gwizdek, że wypowiedziało się (napisało) słowa, których nie da się cofnąć, a pewne znajomości już raczej nie wrócą. Ale zwykły człowiek, którego Kandydat ma dokładnie tam, gdzie Młodzieżowy Idol wszystkie panienki piszczące na koncercie, naprawdę powinien się zastanowić czy warto w imię Kandydata obrażać koleżanki, sąsiada czy ciocię Krysię. W mojej fitnessowej szatni pewna emerytowana Pani Profesor Matematyki głośno powiedziała na kogo zagłosuje. Ot, tak. Po prostu. Z pewnością nie spodziewała się, że Wdowa Po Profesorze Historii niemal rzuci się na nią z pięściami. Przestraszyłam się, że Wdowa zejdzie natychmiast na zawał, udar czy inną gwałtowną przypadłość i przez złą sławę klub straci klientki!  Na szczęście Pani Profesor  ubrała się i z uśmiechem niedowierzania na ustach, wyszła. Wdowa gotowała się jeszcze z pół godziny. Po co? W imię czego? Na medal od swego idola liczy czy co?

Tak więc kampania przyniosła wielu z nas osobiste korzyści. Mogliśmy się przekonać, kto z naszych znajomych ma poczucie humoru, kto jaką pamięć, kto i w jakim stopniu jest podatny na manipulację, a kto zawsze pozostaje na gruncie merytorycznej dyskusji.  Dobrze, że czasem takie kampanie się zdarzają;)

A w Tańcu z Gwiazdami wygrał Krzysztof Wieszczek.  Tańczyć nie potrafię, więc z tym większym podziwem patrzyłam jak z odcinka na odcinek robi postępy. Cieszy mnie też, że Agnieszka Kaczorowska miała po raz kolejny okazję pokazać, że jest utytułowaną tancerką i świetną trenerką, a nie tylko Bożenką z Klanu.

Miłej, spokojnej niedzieli Wam życzę:)

Jak mi się nie chce!…

19 maja 2015

Zachciało mi się jazzowego koncertu i z tego powodu nie byłam w poniedziałek na niemieckim. Lojalnie uprzedziłam Naszą Panią,  że mnie nie będzie, więc dostałam przewidziane na te zajęcia materiały do samodzielnego przygotowania, żebym jutro nie odstawała od grupy. Nie powiem, przeczytałam dialogi, przetłumaczyłam to, czego nie rozumiałam, a teraz od kilku godzin zabieram się do napisania dialogu. Ma to być rozmowa kwalifikacyjna. Raz mam być pracodawcą, a raz osobą poszukującą pracy. Zabieram się, ale tak strasznie mi się  nie chce! A to sobie herbaty zrobiłam, a to coś przeczytałam, a to w telewizor zerknęłam. Gorzej niż dziecko! A przecież muszę to zrobić :( No i muszę jutro opowiedzieć po niemiecku jak było na koncercie, a to znaczy, że czeka mnie trochę szperania w słowniku.

A koncert był naprawdę całkiem niezły. Czterech młodych, ale już doświadczonych muzyków, którzy grywają  razem oraz  w różnych innych składach. W swoim środowisku są uważani za jednych z najbardziej utalentowanych muzyków młodego pokolenia.  Zagrali swoje kompozycje, co było niewątpliwym atutem koncertu. Nie przepadam za zespołami, które grają tylko standardy. Zdecydowanie wolę posłuchać czegoś nowego, oryginalnego. Lubię free jazz, a mój ulubiony instrument to saksofon. I tym razem saksofonista mnie nie zawiódł, choć i pianista był świetny. W informacji o muzykach przeczytałam dość entuzjastyczne opinie o młodym basiście, ale mnie jakoś specjalnie nie zachwycił. Był niezłym tłem, ale solówka była jakaś taka bez wyrazu. Mąż się śmiał, że ja uznaję tylko jednego basistę i nikt poza nim mi się nie podoba. Coś w tym jest:) Ów basista to nasz przyjaciel, świadek na naszym ślubie, facet z którym dogaduję się jak z koleżanką i którego gry mogłabym słuchać zawsze. Perkusista – bardzo sprawny technicznie, ale grał nie na swoim zestawie i dało się to odczuć. Jak dla mnie był zbyt agresywny. Ale to tylko moja opinia. Nie mam jakiegoś wyjątkowego słuchu, a moja opinia jest czysto intuicyjna – albo mi się coś podoba, albo nie.

Frekwencja była taka sobie – niewiele ponad 20 osób. Dom Kultury wielki nie jest, ale jakby się dział promocji nieco wysilił, to przyszło by drugie tyle ludzi.  Za to jedno można o publiczności powiedzieć – wiedzieli, kiedy bić brawo, co na koncertach jazzowych wcale nie jest takie oczywiste.

Tak. Wszystko, co mogłam zrobić, żeby nie pisać tego nieszczęsnego dialogu, zrobiłam.  A teraz do obowiązku! – jak mawiał mój tata.

Kino i koncert

14 maja 2015

We wtorek byłam w kinie. Nie do końca z własnej woli i ochoty, bo w zasadzie nie lubię oglądać filmów, ale – trawestując powiedzenie pewnej pani rzecznik – wnuczce się nie odmawia. Tym bardziej, jeśli spotkała się z odmową rodziców i starszej siostry, którzy zgodnym chórem stwierdzili, że na ten konkretny film nie pójdą, bo każde poświęcenie ma swoje granice. Wnuczka jest fanką poprzednich części filmu, więc mama zamówiła bilety, a my we dwie poszłyśmy do kina. Trochę byłam zaniepokojona, kiedy wśród ludzi oczekujących na seans nie widziałam dzieci. Nawet sobie pomyślałam, że może pomyliłam kino, ale przecież to tu odebrałam zamówione bilety. Więc może to nie ta sala? Sprawdziłam i wszystko się zgadzało – to kino, ta sala, ten  film. Tylko widzowie mnie zastanowili, bo to przecież miał być film dla dzieci, a tu czekają zupełnie duzi chłopcy i takież  dziewczynki.  Choć to początek tygodnia i godzina 17.30 sala była pełna. Wśród kilkuset dorosłych osób dwoje dzieci – moja Średnia i jakiś chłopiec mniej więcej w jej wieku.  Film reklamowany na ulotce jako „Jeden z najbardziej oczekiwanych filmów tego roku” w moim odczuciu jest niezbyt spójnym zlepkiem scen pojedynków robotów i ludzi okraszonych  nieudolnie wprowadzonym wątkiem romansowym. Jego atutem są niezłe zdjęcia i efekty specjalne, aczkolwiek przy obecnym stanie techniki filmowej nie wydają mi się czymś wyjątkowym. Tak naprawdę jest to tradycyjna  bajeczka o walce dobra ze złem ubrana w atrybuty charakterystyczne dla filmów SF. Wyczytałam w necie, ze w ostatni weekend film ten obejrzało w Polsce ok. 250 tys. widzów. W większości pewnie dorosłych.

Dziś pojechałam do Domu Kultury na drugim końcu miasta, żeby kupić bilety na koncert jazzowy, który odbędzie się w poniedziałek o godz.17.  Zagrają świetni muzycy, którzy mają w swoim dorobku i płyty, i nagrody, i wiele koncertów.  Potrafią świetnie improwizować, sięgają w swojej twórczości do muzyki różnych kultur, są głęboko osadzeni w tradycji jazzu, ale nie brakuje im kreatywności. Jednym słowem koncert zapowiada się interesująco.  Bilet kosztuje 20 zł. Jak myślicie, ile biletów sprzedano do dziś?

Kilka razy już o tym pisałam, że przeraża mnie poziom potrzeb kulturalnych przeciętnego Polaka. Film bez treści, kubeł popcornu i butelka coli zaspokajają  potrzeby większości.

To już maj

9 maja 2015

To już maj, a ja ciągle trwam w kwietniu. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest, ale zatrzymałam się  w czasie i ciągle wydaje mi się, że  maj jeszcze przed nami. Może to kwestia pogody? Chłodno jest, choć przepięknie kwitną mlecze, kasztany towarzyszą maturzystom, pachną  bzy, a ptaki koncertują dniami i nocami. Początek roku był taki sobie, bo ciągle ktoś w rodzinie był chory, jakby wirusy i bakterie wędrowały po kolei od jednej osoby do drugiej.  Nie brakowało (i nie brakuje) też i innych zmartwień, które na jakiś czas zdominowały nasze myśli. W sumie nic się, niestety, nie zmieniło, ale chyba udało się nam przyzwyczaić do mało komfortowej (delikatnie rzecz nazywając) sytuacji, a może nawet ją  zaakceptować. Nie ma innego wyjścia, skoro nie możemy niczego zmienić.

Po tych wszystkich perypetiach znowu wracam do dawnej kondycji. Znowu cieszą mnie kolory, zapachy i dźwięki.  Wczoraj umyłam okna, wysprzątałam kąty, a dziś poszłam  na spotkanie z jedną z moich młodych przyjaciółek.  Posiedziałyśmy w przytulnej kawiarence,  dowiedziałam się tego i owego o trudach studenckiego życia, o planach na najbliższą przyszłość, wymieniłyśmy informacje o wspólnych znajomych,  a potem poszłyśmy na spacer wzdłuż  Odry. Na koniec umówiłyśmy się na obiad po egzaminie z interny i każda ruszyła w swoją stronę – M. do książek, a ja do książki. Ona z konieczności, a ja dla przyjemności. A stało się tak, bo w czwartek coś mnie zaciągnęło do empiku. Rano poszłam na trening i ćwicząc widziałam siebie buszującą między półkami. Pojęcia nie mam, co mnie napadło, ale po zajęciach faktycznie tam poszłam.  No i kupiłam sobie fajną książkę  do nauki niemieckiego – „Kryminał z ćwiczeniami”.  Książka dostosowana do mojego poziomu znajomości języka (A2 – B1), więc czytanie tekstów i rozwiązywanie ćwiczeń nie sprawia mi większej trudności. I jestem z siebie dumna, bo jeszcze osiem miesięcy temu mój niemiecki ograniczał się do „Bruner, ty świnio”  i  „Hände hoch” , a dziś spokojnie mogę czytać proste teksty. Udało mi się czegoś nauczyć. Cieszę się. Ale to nie tylko wiosna. Po prostu organizm zaczął produkować większą ilość serotoniny:)

 

 

Badanie

29 kwietnia 2015

Pamiętacie taką scenę z  „Nocy i dni”, w której Zofia Merle wykrzykuje gromkim głosem:  „Ludzie! Uciekajta! Dochtory  jadą!”

No to ja mam tak samo, czyli staram się być od lekarzy jak najdalej. Niestety, nie zawsze się to udaje. Czasem jednak zdrowy rozsądek bierze górę nad niechęcią albo pojawia się przymus i muszę odwiedzić tę lub inną przychodnię. Dziś podjęłam męską decyzję i, mimo niechęci pomieszanej z obawą, poszłam  zapisać  się na mammografię. Raz w roku należy mi się bezpłatne badanie, więc z  reguły korzystam z tej możliwości. Zwycięża zdrowy rozsądek, bo jestem genetycznie obciążona. Tyle się słyszy o strasznych kolejkach w pracowniach mammograficznych, a ja zrobiłam badanie prawie od ręki, bo okazało się, że na dziś  zapisanych było może ze sześć pań. Na jutro prawie wszystkie terminy były wolne. Ciekawe dlaczego. Czy jest tyle pracowni, że kolejki zostały rozładowane, czy też kobiety niechętnie się na to badanie  decydują?

Teraz przede mną to, czego nie lubię najbardziej i dlaczego tak strasznie trudno mi robić to badanie – oczekiwanie.  Zdarzyło mi się odebrać wynik i nie zajrzeć do niego przez kilka dni. Ze strachu.

 

Niedzielnie

26 kwietnia 2015

Wydobrzałam. Serdecznie Wam dziękuję za wszystkie rady. Chyba muszę na siebie bardziej uważać, bo czasy, kiedy nic się mnie nie imało mam już za sobą. Lata lecą, zdrowie marnieje i nie ma co udawać, że jest inaczej.  Jak to dobrze, że nie pracuję i nie muszę gnać do roboty z bolącym gardłem czy gorączką.  A przecież przez wiele lat tak mi się zdarzało, bo mi szkoda było dzieciaków.  Poczucie obowiązku – powiedzą jedni, głupota – orzekną drudzy.  Tak mi się ten mój stosunek do pracy kojarzy z maksymą powtarzaną po śmierci Władysława Bartoszewskiego , że warto być uczciwym człowiekiem, ale się nie opłaca.

A dziś była taka spokojna niedziela. Rano czytałam, potem uczyłam się niemieckiego, a po południu byłam z synem, synową i wnukami na rekonstrukcji historycznej w 70. rocznicę bitwy o Szczecin. Było sporo ludzi, ale przegonił nas stamtąd deszcz. Syn,  znawca historii II wojny światowej, autor pracy magisterskiej  na temat tej bitwy, bardzo był niezadowolony z takiej pogodowej niespodzianki, bo chciał córce  dokładnie pokazać zabytkowe samochody, mundury i uzbrojenie, a tu nic z tego.  Ona też był rozczarowana. Małemu wnusiowi podobały się latające nad polem bitwy drony i wiatraki po niemieckiej stronie :)

Wieczorem zadzwonił mąż, chwilę porozmawialiśmy i  w zasadzie zaczął się już nowy tydzień.  Rutyna. Pewnie zanim się obejrzę znowu będzie piątek.

Dobrego tygodnia Wam życzę:)

I znowu wirus

17 kwietnia 2015

Jak pech, to pech. Właśnie doświadczam tego, że stres obniża odporność, a skutkiem tego jest infekcja. Opryszczka, zawalony nos, bolące gardło i stawy, gorączka czyli klasyczne przeziębienie.  W czwartek rano czułam się kiepsko, więc przewidując rozwój wypadków,  poszłam do mojego osiedlowego społemu po najpotrzebniejsze zakupy.  Zahaczyłam też o aptekę i mogę spokojnie chorować.  Muszę sobie radzić  sama, bo mąż za granicą, a synowi i synowej zabroniłam się u mnie pojawiać, żeby nie zanieśli do swojego domu żadnego wirusa czy bakterii, bo mają w domu dwoje zdrowych dzieci, a jutro wróci ze szpitala Najstarsza i lepiej, żeby niczego nie załapała.  To, co ma, zdecydowanie jej wystarczy. Ale najważniejsze, że operacja przebiegła pomyślnie i wszystko jest na dobrej drodze. Najstarsza wyraźnie nudzi się w szpitalu. Dla niej to już żaden stres, żadna nowość. Przed chwilą powiedziała mi, że przenieśli ją na „jej” salę. Taka jest tam zadomowiona. Szkoda,że mnie  ten wirus dopadł, bo zwykle przesiaduję u Najstarszej przez większość jej pobytu na oddziale. Dziś zostało nam plotkowanie przez telefon. A teraz muszę połknąć leki, popić lipową herbatą i liczyć na to, że jutro będzie lepiej.

Nie ma lekko

15 kwietnia 2015

Jeszcze nie minęły okołoświąteczne emocje, a już następne trzeba wziąć na garba. Mąż w obcych landach za chlebem, więc przez dwa miesiące będę sama ze wszystkim, wnusia w tym tygodniu ma kolejną operację, dalsza rodzina podejmuje decyzje, które uderzają w nas dość boleśnie i już nawet positivum nie pomaga.  Czy   te wszystkie atrakcje kiedyś się skończą? Tak bym chciała pożyć choć  kilka dni spokojnie, wiedząc, że wszystkie sprawy są na swoim miejscu. Nie czekać na żadne wiadomości, zasypiać i budzić się bez nerwów i trosk.

Większość z Was pisze na swoich blogach o ważnych sprawach,  swoich spostrzeżeniach dotyczących różnych istotnych problemów, a ja patrzę na świat przez pryzmat własnego podwórka i nie widzę niczego więcej. Mogłabym napisać o tym, że ludzie w naszym wieku, ze sporym doświadczeniem nie mogą znaleźć pracy w kraju, mogłabym napisać o tym, że na niemieckich autostradach w niedzielę jest więcej aut na polskich niż niemieckich blachach, mogłabym napisać o niedoskonałości polskiego prawa, które chroni przestępców i umożliwia  im  manipulowanie ludźmi  czy o standardach opieki nad niepełnosprawnymi. Każdy z tych tematów, i pewnie kilka innych,  mogłabym rozwijać, wsadzając kij w mrowisko. Tylko po co, skoro to nic nie zmieni?   Więc łykam positiwum  (tanie i bez recepty) i zaczynam nowy dzień. Czekam na sms ze szpitala.

A Wy piszcie, bo dzięki Waszym wpisom mogę choć na chwilę wskoczyć w cudze buty.

Miłego dnia:)))

Następna strona »